top
Aktualności | Artykuły | Galeria | Multimedia | O nas | Kontakt |      
MENU
Dzisiaj jest



Zmień schemat kolorów

Artykuły

Krzysztof Czabański, 2011.03.14 18:41

                                         Pilni uczniowie  księcia

    Po buńczucznych zapowiedziach odpolitycznienia mediów publicznych, widzimy jak partie polityczne obsadzają władze tychże mediów. Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz rady nadzorcze radia i telewizji. Tylko ostatni naiwniak mógłby przypuszczać, że ogłoszone za tydzień lub miesiąc konkursy (?) na obsadę zarządów TVP i Polskiego Radia będą miały cokolwiek wspólnego z zasadami fair play.

     Stary książę Salina, bohater książki Giuseppe Tomasi di Lampedusy „Lampart”,  uważał, że : ”Jeżeli chcemy, by wszystko pozostało tak jak jest, wszystko się musi zmienić”( tłum. Zofia Ernstowa).  I to właśnie obserwujemy w mediach publicznych, a w pewnym sensie także w całej polskiej polityce. Skądinąd jest  pasjonujące, że – po „zawirowaniach” z lat rządu PiS   2006-2007 - jawnie i bez żenady wracamy do punktu wyjścia, czyli do roku 1989, roku upadku PRL. Grozi nam, że sprawdzi się ówczesne czarnowidztwo, iż „okrągły stół” oraz wybory wolne w 35%  do  Sejmu, a w 100% do Senatu – a swoją drogą, czy ktoś to jeszcze pamięta? – to tylko wstęp do wygodnego transferu elit PRL-u do III RP. I dalszej ich dominacji w życiu publicznym.

                                         Mechanizm a skutki

     Doskonale widać to w obszarze mass mediów. Większość mediów prywatnych – a niemal całość mediów elektronicznych - jest w rękach nominatów służb specjalnych, albo ludzi, którzy w imię swoich koncepcji politycznych i interesów  udają, że takich rodowodów i powiązań nie zauważają lub co gorsza – nie uważają ich za istotne. Nie widzą w tym zagrożenia dla polskiej racji stanu. Od tej zatem strony elita obecnej władzy czuje się bezpiecznie. Jednak problemem od paru lat stały się dla niej  media publiczne.

     Nie licząc miesięcy, kiedy TVP była pod prezesurą Wiesława Walendziaka, a jej program zaczęła kształtować grupa młodych konserwatystów, przezwanych  „pampersami”, telewizja i radio publiczne były od początku III RP pod pełną kontrolą polityków lewicy, centro-lewicy i lewicowych liberałów (SLD, Unia Wolności, PO plus partia bez właściwości, czyli PSL). Zmiana  nastąpiła dopiero, gdy w 2006 roku prezesem TVP został Bronisław Wildstein (a następnie Andrzej Urbański), a Polskiego Radia – niżej podpisany. Monopol tamtych środowisk został przełamany, choć na krótko.  Już od jesieni 2008 roku lewica i liberałowie zaczęli odzyskiwać media publiczne (przy pomocy LPR-u i Samoobrony). Obecnie stan rzeczy już całkowicie wrócił do trzeciorzeczpospolitowej normy, czyli do monopolu ludzi lewicy, centro-lewicy i lewicowych liberałów.

     Co to oznaczało i oznacza w praktyce dla obywateli? Zasadniczą różnicę w programach radia i telewizji. Każdy może to sobie sprawdzić w archiwach internetowych TVP i PR. Swoje programy  mieli publicyści począwszy od  Tomasza Lisa  do  Jana Pospieszalskiego w telewizji, czy od Michała Ogórka i Tomasza Jastruna do Stanisława Michalkiewicza w Polskim Radiu, a w  audycjach publicystycznych brali udział dziennikarze wielu redakcji, od „Gazety Wyborczej” przez „Rzeczpospolitą” do „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej” włącznie. Istotą bowiem zmian wprowadzanych w telewizji i radiu, gdy prawica miała coś do powiedzenia, było    d o d a w a n i e  do oferty programowej głosów wcześniej wyrzuconych na margines. Elita obecnej władzy i jej nominaci w mediach mają koncepcję tradycyjnie wręcz przeciwną – ich rządy to                u s u w a n i e . W tej chwili  bardzo wielu  Polaków nie ma wyrazicieli swoich opinii w mediach publicznych – tam mogą  „ścierać się” tylko autorzy „Polityki” z autorami „GW”  i radia TOK FM. Oceniają zaś poziom mediów i stan debaty publicznej  ich przyjaciele z miesięcznika „Press”, notabene, uzurpujący sobie prawo do obiektywnych ocen branżowych. I tak całość zamyka się zgrabnie  w koteryjnym kółku.

     Polityczny  mechanizm wyłaniania władz mediów publicznych jest niezmienny, ale przynosić może różne skutki. Gdy głos decydujący mają środowiska lewicowo-liberalne – od ekranu i mikrofonu odsuwani są ludzie o poglądach nie lewicowych i nie liberalnych. Gdy głos decydujący ma prawica – w radiu i telewizji są obecni ludzie o poglądach od lewicowych do prawicowych. Jak mawiają Francuzi, to jest ton, który czyni piosenkę.

     To ważne spostrzeżenie, gdyż innego niż polityczny mechanizmu wyłaniania władz mediów publicznych nie ma i nie będzie. Nie może być. Również dlatego, że media te muszą być rozliczane przez obywateli; praktycznie jedyną metodą takich rozliczeń są wybory. Zatem rozliczając partie polityczne, oceniamy również sytuację, jaką stworzyły one w mediach publicznych. Inne niż polityczne projekty są fikcją.  A jeżeli ktoś zacznie  wmawiać opinii publicznej, że wymyślił coś naprawdę  niepolitycznego, to znaczyć będzie jedynie, że chce nas nabrać. I za parawanem okrągłych frazesów przejąć media publiczne tylko dla siebie.

                                           Lepiej zawłaszczyć niż likwidować

 

 

 

     Nie tracę jednak nadziei, że Tusk, Grad i Zdrojewski odpowiedzą kiedyś, najlepiej w najbliższych wyborach parlamentarnych, za niszczenie mediów publicznych. Warto pamiętać, że to przez tych polityków TVP i PR straciły dziesiątki milionów złotych. Jeśli o tyle było mniej tzw.misji w mediach publicznych, to znaczy, że straty poniosła kultura polska.

                                                Jutro będzie, ale jakie?

     Inne partie polityczne upierały się, na szczęście, żeby media publiczne istniały i były silne finansowo. O kwotę przeznaczoną w budżecie państwa na te media rozbiła się nawet – w 2009 roku -  szykowana koalicja medialna SLD-PO. Nie wiem, czy PO już się pogodziła z istnieniem mediów publicznych? Czy, nie daj Bóg,  przejęła je, żeby zlikwidować od środka, np.przez prywatyzację? Czas pokaże. Tymczasem, bez mediów publicznych nie ma mowy o choćby częściowym zrównoważeniu debaty publicznej. Lwia część mediów prywatnych  nie chce, aby w  debacie brał udział ktokolwiek, kto nie wyznaje poglądów lewicowo-liberalnego salonu.

     Czy w mediach publicznych znajdzie się w nieodległej przyszłości miejsce dla prawicy i centro-prawicy? Najpewniejszym sposobem jest wygranie   wyborów przez PiS.  Ale nie tracę też, może naiwnej, wiary, że  obecny podział łupów partyjnych, który spowodował wykluczenie około połowy Polaków z możliwości zabierania głosu w debacie publicznej, zmusi co rozsądniejszych polityków z PO i PSL-u do uznania na przyszłość zasady, iż układ sił w parlamencie winien być wiążącą wytyczną, co do kształtu programowego i personalnego mediów publicznych. Jest czymś głęboko kompromitującym dla demokracji  w realizowanym  przez PO i PSL  kształcie , że toczy się niemal wojna narodowa – i to przegrana, jak sądzę - o 1 (słownie: jeden) program w TVP, który miałby zaspokajać aspiracje około połowy społeczeństwa do brania udziału w debacie publicznej. W sytuacji, gdy za rządów prawicy pluralizm programowy mediów publicznych był pełen, więc trudno tu mówić o regule wahadła.

      Sami panowie, rządzący Polską,  widzicie, do czego doprowadziliście! Oczywiście, pod hasłami odpolitycznienia, demokracji i tolerancji. I wciągając do procedury wyłania władz mediów wyższe uczelnie i innych świętych-niezależnych. Wszystko zatem zrobiliście zgodnie z zaleceniem starego księcia Saliny. Gratulacje.

Xxx

Autor jest publicystą, napisał m.in. książki „ABC”, „Ruska baba”, „Pierwsze podejście”; pracował w gazetach PRL-u i w mediach podziemnych, a po 1989r. był  prezesem PAP, PAI i Polskiego Radia, kierował „Tygodnikiem Solidarność, „Expressem Wieczornym” i Komisją Likwidacyjną RSW.

 

 

 

 

                                             

    

      

 

   

     Słowa nic nie kosztują, patrzmy  zatem  na czyny. Oczywiście, wszystkie partie polityczne chcą decydować o obsadzie kierownictw mediów. Wszystkie upatrują w tym swój ważny interes partyjny. To jasne i zrozumiałe. Ale – jak przed chwilą przypomniałem i wykazałem  – jedni robią to m.in. po to, żeby znacznie, ba, radykalnie wręcz, poszerzyć debatę publiczną, inni – żeby zamknąć inaczej myślącym usta. Mamy jednak jeszcze jeden wniosek, wynikający z praktyki, z czynów właśnie. Premier Tusk i rząd PO próbowali – ze względu na własny interes partyjny, gdyż w mediach publicznych dużo do powiedzenia miał wówczas PiS - zniszczyć te media, nawołując do niepłacenia abonamentu. W tym dziele zniszczenia brali udział  ministrowie Skarbu Grad  i Kultury Zdrojewski.  Oni to właśnie wyrządzili wiele zła – poprzez drastyczne zmniejszenie wpływów abonamentowych - spółkom skarbu państwa, będącym przecież bardzo ważnymi instytucjami kultury i bezcennymi archiwami narodowy. Jesienią 2007 roku, gdy Tusk rzucił hasło sabotowania abonamentu rtv, zareagowałem - jako ówczesny prezes Polskiego Radia - listem otwartym ze sprzeciwem wobec takiej polityki rządu. Jedyną odpowiedzią na ten list były rozmaite nieprzyjemności, jakimi zaszczycali mnie minister Grad i różne instytucje państwowe, z inspekcją pracy  i prokuraturą włącznie. Ich działania wspierały media lewicowo-liberalne, szczególnie gorliwie zachowywały się „Newsweek” i „Gazeta Wyborcza”.       


Archiwum
Copyright © 2010 by Strefa Obywatelska
Uwaga! strefaobywatelska.boo.pl nie bierze odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy i opinii.